czwartek, 17 lipca 2014

Wakacyjny przegląd filmów ^.^

"Pamięć Grace"
"Oskarżona o nieumyślne spowodowanie śmierci swojej przyjaciółki Grace usiłuje odtworzyć w pamięci przebieg zdarzeń, mając nadzieję, iż jest niewinna."

Dla mnie najlepszy film jaki w te wakacje obejrzałam.
Główna bohaterka Grace nie może uwierzyć, że to ona spowodowała wypadek , w którym jej przyjaciółka zmarła.Wyrusza więc w trasę by odtworzyć przebieg zdarzeń tego feralnego dnia.
Dowiaduję się wielu rzeczy, które zdarzyły się w przeciągu jednej nocy.Oskarża wszystkich wokół, ale w końcu przyznaję się sama sobie, że to jej wina.Dla bohaterki filmu najgorszą rzeczą nie było to, że pójdzie do więzienia, ale to, że przed wypadkiem powiedziała słowa, których żałowała "nienawidzę Cię jesteś najgorsza" to usłyszała jej przyjaciółka z ust Grace.Gdy tytułowa bohaterka mogła powiedzieć to co naprawdę czuła do swojej najlepszej koleżanki, uspokoiła swoje sumienie i w spokoju poddała się karze.


Dla mnie jest to film pouczający, wzruszający , który zawiera mnóstwo wspaniałych scen.Przez ten film możemy nauczyć się tego, że nie powinniśmy   wsiadać po pijanemu za kierownicę,  powinniśmy  uważać na słowa, których możemy kiedyś żałować i na pewno  film uczy nas, że lepiej przyznać się do winy a nie wmawiać sobie kłamstwa "że to nie nasza wina bo my sami po prostu w to uwierzymy.


FFilm


środa, 16 lipca 2014

Wakacje Kingi ;*

                                                                       Hej.!
Od 30 czerwca byłam w Krościenku nad Dunajcem na rekolekcjach bardzo mi się tam podobało krajobraz był cudowny, pomimo wielu godzin modlitwy była też zabawa, wycieczki w góry oraz nauka różnych stylów tańca nowoczesnego. Bardzo fajny początek wakacji.

Muszę się już zastanawiać nad wyborem sukienki bo razem z Noami wybieramy się na weselę. Wakacje to czas wolności więc jak każdy chcę je spędzić jak najlepiej.





           


          


            



Summer ^.^

                                                                     Hej kochani.!

Jak spędzacie pierwsze tygodnie wakacji.?
Nareszcie wyczekane wakacje bez szkoły, stresu.Każdy ma zawsze ambitne plany na wakacje ja ciągle powtarzałam sobie tak:

-" będę trzymała się diety "
-" zacznę biegać"
-" doznam miłości od pierwszego wejrzenia"-( nie ważne)
-" będę melanżować całe 2 miesiące"
-"spotykać się z Kingą dzień i noc bez przerwy"

Jak wiecie czy nie wiecie nie spełniłam żadnych z moich planów.Początek wakacji nie mniej jednak spędziłam dość interesująco.Wyjechałam do Berlina na 3 tygodnie zwiedziłam mało, ale jednak mogłam poznać inną kulturę i to było dość ciekawe wydarzenie i na pewno je zapamiętam.Poniżej dodam zdjęcia.

Teraz ten czas który mi pozostał chcę poświęcić dużym zmianą w moim życiu mam nadzieję że mi się uda  choć zawsze mi się nie udaję. I spędzić po prostu go jak najlepiej.










                               


niedziela, 27 kwietnia 2014

Wyprawa nocna, czyli jak nie jechać na imprezę.

Będzie długo, nudno i bez morału.

Nudząc się w pochmurne, sobotnie popołudnie stanąłam przed poważnym dylematem w kwestii tego, jak będę spędzała niedzielę - wybiorę się na egzamin czy będę drugi dzień z rzędu robiła to samo, czyli leczyła kaca (tak poważnie to z góry wiedziałam co wybiorę, tylko tak się oszukiwałam do samego końca, żeby nie zjadły mnie wyrzuty sumienia). Po głębszych przemyśleniach doszłam do wniosku, że i tak nie zdążyłabym się niczego nauczyć, nie wiadomo czy zostałabym wpuszczona bez indeksu, który kurzy się już drugi miesiąc na półce w dziekanacie etc. Tak więc, polegając na optymizmie i dobrodziejstwie instytucji przywracania terminu, dokonałam wyboru. Po krótkich przygotowaniach ruszyłam w drogę.

1). Dojazd. Zawsze sprawdzajcie kilka możliwych opcji transportu. Ja nie sprawdziłam żadnej i tak sobie weszłam "na czuja" z nadzieją na jakiś busik w stronę Krk. Czekałam ponad pół godziny, a busik jednak nie przyjechał. W międzyczasie przewiało mnie jak Nowy Orlean w trakcie huraganu Katrina. Zziębnięta i wkurw*ona jak diabli poczłapałam w kierunku dworca, gdzie wystałam się kolejne kilkadziesiąt minut, aż nadjechała wyczekiwana ciuchcia. W kwestii warunków podróży, PKP nie zawiodło i tym razem - siedząc w obskurnym przedziale (na szczęście ogrzewanie ostatnimi czasy działa w nich aż za dobrze) przez niemal godzinę słuchałam wywodu dwóch starszych mieszkańców rejonu przygranicznego (sądząc po akcencie i strzępach rozmowy obaj panowie pochodzili gdzieś z okolic Przemyśla) na temat jak to światową polityką manipulują żydzi, z drugiej strony mając rozkminkę dwóch młodych typków o wpływie psychotropów na naukę i rozmowę telefoniczną laski obgadującej swojego narzeczonego w kwestii jego rzekomej rozwiązłości. Przeżyłam to jakoś, wysiadłam na stacji Zabłocie i ruszyłam do celu, opracowując w głowie plan trasy.

2). Plan. Jako takiego niestety nie miałam. Pierwotny zamysł zakładał wysiadkę z busa kilkaset metrów od miejsca przeznaczenia i najwyżej 5-minutowy spacer. Dłuższej wędrówki przez tą część miasta, którą znam akurat słabo, a prawdę mówiąc nigdy wcześniej tam nie byłam, nie przewidywałam. Odwrotu już nie było, więc kierowana dobrym nastawieniem, wygrzebanym z pamięci zarysem mapy, na którą zerknąłam kilka dni wcześniej, kiedy wstępnie ustalałam lokalizację imprezy, ruszyłam przed siebie mając w głowie prostą jak myśl bolszewicka dewizę "kto pyta nie błądzi". Spóźniona (jak zwykle) ale ogarnięta (o dziwo) podjąłam ekspedycję nucąc w myślach jakże adekwatną do sytuacji piosenkę Łony - Do ciebie Aniu szłem (sic!). Rozładowana bateryjka w telefonie, całkowity brak orientacji w terenie, narastające przeziębienie, mżawka i fakt, że gdzieś tam wódka się leje a ja błądzę samotnie nieuzbrojona przez nieznane mi osiedla wkrótce wykruszyły moje ostatnie pokłady optymizmu. Pytając różne napotkane osoby, krok po kroku, dotarłam jednak do końcowej (wtedy miałam taką nadzieję) fazy wędrówki - pogranicze Ludwinowa i Dębników. Teraz trzeba było odnaleźć się w plątaninie bloków, skwerków, alejek, parkingów, zaułków i żywopłotów, przy których wysiadają nawet normandzkie bocage. Postanowiłam znaleźć kogoś, kto pomoże mi się w tym wszystkim odnaleźć.

3). Przewodnik. Trzeba się odpowiednio zastanowić, czy rzeczywiście chce się takiego. Nie mając wiele do stracenia zaryzykowałam. Pierwszym była całkiem sympatyczna, nastoletnia dziewczyna, która towarzyszyła mi krótką chwilę, jednak nie umiała sprecyzować, jak dalej powinienam się udać, aby dotrzeć na magiczną ulicę Zagrody. Na (nie)szczęście w trakcie naszej konwersacji pojawił się znikąd enigmatyczny osobnik w przedziale wiekowym ok. 40-45 lat i alkoholowym ok. 1.5-3 promila, wyglądający jak typowy, nieszkodliwy menel z gatunku "Księciuniuuu, dej no dwa złote". Ku mojemu zaskoczeniu sam zgłosił się na ochotnika w doprowadzeniu mnie do celu (za darmo!), bo też zmierzał w tamtym kierunku (nie przyznał dokładnie gdzie i po co, ale z perspektywy czasu wydaje mi się, że po prostu szedł do nocnego). Wesoły spacerek z moim nowym przewodnikiem, umilany tekstami typu "dawniej to było lepiej" trwał kilka ciągnących się w nieskończoność minut. Do czasu, aż w jednym z sympatycznie wyglądających zaułków natknęliśmy się na równie sympatyczną grupę autochtonów z lokalnego batalionu dres-kongu. Przełom nastąpił w momencie gdy mój przewodnik zaczął na głos filozofować, co sądzi na temat spożywania przez młodych ludzi alkoholu na ławce pod blokiem, czym spowodował, że wesoła grupka porzuciła swoje dotychczasowe zajęcie i zaczęła dreptać w ślad za nami. Nie czekając na rozwój wypadków, zręcznie zniknąłam za załomem najbliższego budynku, po cichutku oddaliłam i znów musiałam radzić sobie sama. Na szczęście dalej obyło się bez specjalnej dramaturgii.

Na miejsce dotarłam nieco ponad kwadrans później. Było syto i zabawnie. Jak wspomniałam na samym początku, historia bez puenty i morału. Zamiast powyższych wstawiam podziękowania dla koleżanki za fajną imprezę (czekam na rychłą powtórkę), przeprosiny dla koleżanki , jeśli rano hałasowałam, oraz pozdrowienia dla ruskojęzycznego osobnika, którego spotkałam na rogu ulic o dźwięcznych, ale niewiele mówiących nazwach Dworska i Mieszczańska. Jeśli kiedyś to przeczyta niech wie, że dzięki niemu moje życie nabrało nowego kolorytu, ale za pokierowanie mnie w największe chaszcze Krakowa, które na dodatek nigdzie nie prowadziły, mam nadzieje, że sczeźnie w męczarniach 






Historia z życia wzięta..:D

Za oknem pogodny, choć nieco mglisty poranek. Przynajmniej taki był zanim weszłam do wielkiego, szarego budynku. Siedzę w ciemnym, ponurym korytarzu bez okien, na niewygodnej, drewnianej ławce. Dookoła mnie przygarbieni ludzie w różnym wieku, z ponurymi grymasami na twarzy. Łączy ich jedno. W oczach nie mają ani nadziei, ani optymizmu. Wszyscy dobrze rozumieją jak potoczy się wizyta w tym miejscu. Wiedzą, że przez długi czas stąd nie wyjdą. W pewnym momencie otwierają się drzwi. Zostaję stanowczo przywołana do środka. Niepewnym krokiem wchodzę do ciasnej klitki z kratami w oknach. Nieprzyjemni ludzie zaczynają zadawać mi pytania, na które nie znam odpowiedzi. Żądają informacji, których nie znam. Podsuwają mi jakiś papier i rozkazują napisać wszystko co wiem. Każą podpisywać dokumenty tłumacząc, że to dla mojego dobra. Jestem głodna, zmęczona i niewyspana. Nie wiem co się dzieje. Podpisuję. Chce już tylko opuścić ten koszmar. Po przesłuchaniu odsyłają mnie do kolejnego pokoju. Tam podobnie. Smutni panowie w ciemnych garniturach biorą mnie w krzyżowy ogień pytań. Chcą znać moje dane. Jeden z nich zabiera moje dokumenty i zaczyna sprawdzać personalia. Ze zmęczenia zaczynam plątać się w zeznaniach, z trudem przywołuje na pomoc niepełne ćwierć wieku życiowego doświadczenia. Po wszystkim źli panowie oddają dokumenty, ale w zamian każą oddać niemal całą zawartość mojego portfela. Nie sprzeciwiam się. Doskonale zdaję sobie sprawę, że opór w tym miejscu nie ma najmniejszego sensu. W końcu puszczają wolno i żegnają, ale po ich wzroku i uśmiechach knajpianych rzezimieszków domyślam się, że nie na długo...

Godzinna wizyta w miejscowym wydziale komunikacji i biurze ubezpieczeń w pewnym momencie rzeczywiście zaczęła do złudzenia przypominać pobyt w areszcie na Łubiance bądź innym pensjonacie tego rodzaju. Katorga biurokracji wyczerpała moje bateryjki na cały dzień... a ów się dopiero zaczął...






Początki są zawsze trudne...

                                                                 Hej kochani.!
Pierwszy wpis na blogu zawsze jest trudny, bo nie wiemy co napisać żebyście go czytali, więc zacznę może od początku.
Ja mam na imię Karolina i razem z przyjaciółką Kingą mamy wielkie marzenie by nasze blogi, ask i photoblog stały się popularniejsze.
Jestem już autorką jednego bloga, którego z przyczyny, że chciałam coś zmienić w swoim życiu na lepsze usunęłam .
I tak zaczęła się moja historia( nie tylko moja bo jeszcze moja przyjaciółka) z założeniem tego bloga.
Dziękuję wam za to, że tu weszliście i przeczytaliście moje wypociny.:D




(Ja to ta po prawej a Kinga po lewej)




Serdecznie zapraszamy na:

Naszego starego aska -http://ask.fm/pozytywniejebnietexd

Naszego nowego aska-http://ask.fm/pozytywniejebnietex2

Naszego photobloga-http://www.photoblog.pl/pozytywniejebnietexd/161759205/kinia-i-karo-cos-tam.html
                                 - http://www.photoblog.pl/noami555/166940969