Historia z życia wzięta..:D
Za oknem pogodny, choć nieco mglisty poranek. Przynajmniej taki był zanim weszłam do wielkiego, szarego budynku. Siedzę w ciemnym, ponurym korytarzu bez okien, na niewygodnej, drewnianej ławce. Dookoła mnie przygarbieni ludzie w różnym wieku, z ponurymi grymasami na twarzy. Łączy ich jedno. W oczach nie mają ani nadziei, ani optymizmu. Wszyscy dobrze rozumieją jak potoczy się wizyta w tym miejscu. Wiedzą, że przez długi czas stąd nie wyjdą. W pewnym momencie otwierają się drzwi. Zostaję stanowczo przywołana do środka. Niepewnym krokiem wchodzę do ciasnej klitki z kratami w oknach. Nieprzyjemni ludzie zaczynają zadawać mi pytania, na które nie znam odpowiedzi. Żądają informacji, których nie znam. Podsuwają mi jakiś papier i rozkazują napisać wszystko co wiem. Każą podpisywać dokumenty tłumacząc, że to dla mojego dobra. Jestem głodna, zmęczona i niewyspana. Nie wiem co się dzieje. Podpisuję. Chce już tylko opuścić ten koszmar. Po przesłuchaniu odsyłają mnie do kolejnego pokoju. Tam podobnie. Smutni panowie w ciemnych garniturach biorą mnie w krzyżowy ogień pytań. Chcą znać moje dane. Jeden z nich zabiera moje dokumenty i zaczyna sprawdzać personalia. Ze zmęczenia zaczynam plątać się w zeznaniach, z trudem przywołuje na pomoc niepełne ćwierć wieku życiowego doświadczenia. Po wszystkim źli panowie oddają dokumenty, ale w zamian każą oddać niemal całą zawartość mojego portfela. Nie sprzeciwiam się. Doskonale zdaję sobie sprawę, że opór w tym miejscu nie ma najmniejszego sensu. W końcu puszczają wolno i żegnają, ale po ich wzroku i uśmiechach knajpianych rzezimieszków domyślam się, że nie na długo...
Godzinna wizyta w miejscowym wydziale komunikacji i biurze ubezpieczeń w pewnym momencie rzeczywiście zaczęła do złudzenia przypominać pobyt w areszcie na Łubiance bądź innym pensjonacie tego rodzaju. Katorga biurokracji wyczerpała moje bateryjki na cały dzień... a ów się dopiero zaczął...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz