niedziela, 27 kwietnia 2014

Wyprawa nocna, czyli jak nie jechać na imprezę.

Będzie długo, nudno i bez morału.

Nudząc się w pochmurne, sobotnie popołudnie stanąłam przed poważnym dylematem w kwestii tego, jak będę spędzała niedzielę - wybiorę się na egzamin czy będę drugi dzień z rzędu robiła to samo, czyli leczyła kaca (tak poważnie to z góry wiedziałam co wybiorę, tylko tak się oszukiwałam do samego końca, żeby nie zjadły mnie wyrzuty sumienia). Po głębszych przemyśleniach doszłam do wniosku, że i tak nie zdążyłabym się niczego nauczyć, nie wiadomo czy zostałabym wpuszczona bez indeksu, który kurzy się już drugi miesiąc na półce w dziekanacie etc. Tak więc, polegając na optymizmie i dobrodziejstwie instytucji przywracania terminu, dokonałam wyboru. Po krótkich przygotowaniach ruszyłam w drogę.

1). Dojazd. Zawsze sprawdzajcie kilka możliwych opcji transportu. Ja nie sprawdziłam żadnej i tak sobie weszłam "na czuja" z nadzieją na jakiś busik w stronę Krk. Czekałam ponad pół godziny, a busik jednak nie przyjechał. W międzyczasie przewiało mnie jak Nowy Orlean w trakcie huraganu Katrina. Zziębnięta i wkurw*ona jak diabli poczłapałam w kierunku dworca, gdzie wystałam się kolejne kilkadziesiąt minut, aż nadjechała wyczekiwana ciuchcia. W kwestii warunków podróży, PKP nie zawiodło i tym razem - siedząc w obskurnym przedziale (na szczęście ogrzewanie ostatnimi czasy działa w nich aż za dobrze) przez niemal godzinę słuchałam wywodu dwóch starszych mieszkańców rejonu przygranicznego (sądząc po akcencie i strzępach rozmowy obaj panowie pochodzili gdzieś z okolic Przemyśla) na temat jak to światową polityką manipulują żydzi, z drugiej strony mając rozkminkę dwóch młodych typków o wpływie psychotropów na naukę i rozmowę telefoniczną laski obgadującej swojego narzeczonego w kwestii jego rzekomej rozwiązłości. Przeżyłam to jakoś, wysiadłam na stacji Zabłocie i ruszyłam do celu, opracowując w głowie plan trasy.

2). Plan. Jako takiego niestety nie miałam. Pierwotny zamysł zakładał wysiadkę z busa kilkaset metrów od miejsca przeznaczenia i najwyżej 5-minutowy spacer. Dłuższej wędrówki przez tą część miasta, którą znam akurat słabo, a prawdę mówiąc nigdy wcześniej tam nie byłam, nie przewidywałam. Odwrotu już nie było, więc kierowana dobrym nastawieniem, wygrzebanym z pamięci zarysem mapy, na którą zerknąłam kilka dni wcześniej, kiedy wstępnie ustalałam lokalizację imprezy, ruszyłam przed siebie mając w głowie prostą jak myśl bolszewicka dewizę "kto pyta nie błądzi". Spóźniona (jak zwykle) ale ogarnięta (o dziwo) podjąłam ekspedycję nucąc w myślach jakże adekwatną do sytuacji piosenkę Łony - Do ciebie Aniu szłem (sic!). Rozładowana bateryjka w telefonie, całkowity brak orientacji w terenie, narastające przeziębienie, mżawka i fakt, że gdzieś tam wódka się leje a ja błądzę samotnie nieuzbrojona przez nieznane mi osiedla wkrótce wykruszyły moje ostatnie pokłady optymizmu. Pytając różne napotkane osoby, krok po kroku, dotarłam jednak do końcowej (wtedy miałam taką nadzieję) fazy wędrówki - pogranicze Ludwinowa i Dębników. Teraz trzeba było odnaleźć się w plątaninie bloków, skwerków, alejek, parkingów, zaułków i żywopłotów, przy których wysiadają nawet normandzkie bocage. Postanowiłam znaleźć kogoś, kto pomoże mi się w tym wszystkim odnaleźć.

3). Przewodnik. Trzeba się odpowiednio zastanowić, czy rzeczywiście chce się takiego. Nie mając wiele do stracenia zaryzykowałam. Pierwszym była całkiem sympatyczna, nastoletnia dziewczyna, która towarzyszyła mi krótką chwilę, jednak nie umiała sprecyzować, jak dalej powinienam się udać, aby dotrzeć na magiczną ulicę Zagrody. Na (nie)szczęście w trakcie naszej konwersacji pojawił się znikąd enigmatyczny osobnik w przedziale wiekowym ok. 40-45 lat i alkoholowym ok. 1.5-3 promila, wyglądający jak typowy, nieszkodliwy menel z gatunku "Księciuniuuu, dej no dwa złote". Ku mojemu zaskoczeniu sam zgłosił się na ochotnika w doprowadzeniu mnie do celu (za darmo!), bo też zmierzał w tamtym kierunku (nie przyznał dokładnie gdzie i po co, ale z perspektywy czasu wydaje mi się, że po prostu szedł do nocnego). Wesoły spacerek z moim nowym przewodnikiem, umilany tekstami typu "dawniej to było lepiej" trwał kilka ciągnących się w nieskończoność minut. Do czasu, aż w jednym z sympatycznie wyglądających zaułków natknęliśmy się na równie sympatyczną grupę autochtonów z lokalnego batalionu dres-kongu. Przełom nastąpił w momencie gdy mój przewodnik zaczął na głos filozofować, co sądzi na temat spożywania przez młodych ludzi alkoholu na ławce pod blokiem, czym spowodował, że wesoła grupka porzuciła swoje dotychczasowe zajęcie i zaczęła dreptać w ślad za nami. Nie czekając na rozwój wypadków, zręcznie zniknąłam za załomem najbliższego budynku, po cichutku oddaliłam i znów musiałam radzić sobie sama. Na szczęście dalej obyło się bez specjalnej dramaturgii.

Na miejsce dotarłam nieco ponad kwadrans później. Było syto i zabawnie. Jak wspomniałam na samym początku, historia bez puenty i morału. Zamiast powyższych wstawiam podziękowania dla koleżanki za fajną imprezę (czekam na rychłą powtórkę), przeprosiny dla koleżanki , jeśli rano hałasowałam, oraz pozdrowienia dla ruskojęzycznego osobnika, którego spotkałam na rogu ulic o dźwięcznych, ale niewiele mówiących nazwach Dworska i Mieszczańska. Jeśli kiedyś to przeczyta niech wie, że dzięki niemu moje życie nabrało nowego kolorytu, ale za pokierowanie mnie w największe chaszcze Krakowa, które na dodatek nigdzie nie prowadziły, mam nadzieje, że sczeźnie w męczarniach 






1 komentarz: